„— Aach, to świetnie się składa. Czy mogłaby pani... I wciąż szurając podeszwami, cokolwiek przeto tracąc
na swej reprezentacyjnej godności, poprosił Jagusię, aby zechciała towarzyszyć jego staremu druhowi, stojącej tu oto pani Wachickiej, której na sali zrobiło się słabo. — Błagam panią, pani majorowo, zawieźć ją całą i zdrową do domu. Do domciu! Auto moje jest do dyspozycji, stoi zaparkowane przed teatrem. Czy panie się nie znają to proszę się zapoznać. No, ale ja już biegnę na salę!... — i nawet nie pożegnawszy się z Wachicka, ze swym starym druhem, rzeczywiście czmychnął przez drzwiczki.
— Pójdziemy, proszę pani — wyrzekła majorowa jak najdelikatniej — wyprowadzę panią tylnym wyjściem.
Porywczym krokiem i plącząc się cokolwiek w spódnicy, pani Wachicka poszła za nią. Minęły garderoby i wyszły na tyły teatru. Odnalazły limuzynę wojewody i wsiadły do niej. Odświętnie wyglądający szofer w granatowym mundurze i czapce przymknął drzwiczki. Obok natomiast stał na trotuarze jakiś przechodzień — „zwyczajny sobie gap, panie mecenasie, tego rodzaju, co to zawsze przyglądają się lepszym samochodom. A to przecie był pacard! Nieszkodliwy facet, panie mecenasie, nawet sympatycznie wyglądający. Coś jakby pan Wątróbka pana Wiecha!" Z zawistnym i pełnym zachwytu uśmiechem jegomość lustrował wzrokiem lakierowaną, błękitną jak wieczorne niebo karoserię wozu. Pani Wachicka atoli zauważyła w nim coś, co jej się czemuś nie spodobało. Uśmiechnęła się dziwnie, acz była zupełnie spokojna, opanowana. Gdy wóz ruszył, zapytała“(5)
iluminacje świetlne |Długi ogon |audio marketing